Photographer

Moje najważniejsze wydarzenia w 2009 roku


W niemal każdej dziedzinie robi się podsumowania, więc uznałem iż również i ja powinienem podsumować miniony rok pod wszelakim kątem. Ruszam zatem!

Podróż 2009 roku
Na ostatnim miejscu listy znalazł się banalny przypadek. Styczniowy wypad do UK. Zaledwie tydzień po zakupie samochodu, przetestowaniu go na trasie Wałbrzych-Olsztyn, podłączyłem do niego przyczepę, zapakowałem się i heja! Początkowy etap trasy to klasyczny nieodśnieżony polski kogel-mogel. W połowie Niemiec przygoda: przyczepa traci powietrze w lewym kole. Pierwsza stacja – dopompowanie opony i dzida dalej. Na następnej stacji okazuje się, że jest jeszcze gorzej. Próba aktywowania zapasu skończyła się fiaskiem, gdyż w wypożyczalni nie dano mi klucza do kół a mój samochodowy był za duży. Oczywiście przed północą polak w Niemczech raczej nie uzyska pomocy, w szczególności od rodaków co było dla mnie sporym zaskoczeniem. Cóż, prom nie będzie czekał a czasu coraz mniej. Jadę dalej i co stacja dopompowuję koło i łamanym migowym z domieszką anglo-niemieckiego języka proszę o pomoc. Nieskutecznie. Tracony na stacjach czas próbuję nadrabiać podnosząc średnią prędkość z jednym okiem wlepionym w lewe lusterko skierowane na koło przyczepki. Całe szczęście autobahna pustoszała z każdą chwilą. Po przejechaniu około 177 kilometrów trafiłem na stację paliw, której pracownik znający o dziwo angielski język, szyderczo dał znać że jak zatankuję do pełna to pożyczy mi uniwersalny klucz. Zmiana koła również, należała do kategorii tragikomedii: samochodowy lewarek nie miał ochoty podnieść przyczepy, która wymykała się i opadała. Z zaciśniętymi zębami podniosłem ją ręcznie i oparłem o zapasowe koło auta. Wymieniłem kapcia i wściekły ruszyłem dalej! Niemal do samego promu zrobiłem sobie brak ograniczeń prędkości co objawiło się podniesionym apetytem na paliwo. Kilkadziesiąt kilometrów przed promem mój wzrok wlepiał się we wskaźnik paliwa. Niby jeszcze trochę mam, ale czy nie za mało? Postanowiłem zjechać na ostatniej, jak się okazało, stacji celem dotankowania. Niestety zostałem sprawnie spławiony grzecznym: „Ziomuś żadnych Funtów! Ojro tylko!!” a mnie się waluta europejska skończyła jakieś kilkaset kilometrów wstecz. Czyli musiałem postanowić, że dotrę do Dover na tym co mam a ta już po Brytyjskiemu zatankuję… Tragedia nastąpiła w chwili docierania na promowy przystanek komunikacji, kiedy to auto zaczęło kasłać, prychać by ostatecznie powiedzieć STOP. Hmm, prom odpływał o 6.00 a była dokładnie 3.33, gdy uznałem, że warto zatankować przed promem w miejscowości zwanej Dunkierką. Nic bardziej mylnego!! Wszelkie stacje otwierane są o szóstej!! Jakimś sposobem doczłapałem się do promu, stanąłem jako pierwszy w kolejce i załatwiłem sprawy biletowe. Gdy przybyły z UK prom się rozpakował brama przed mą maską się otworzyła i… zdechł akumulator! Co dziwne uprzejma obsługa pomagała jak mogła (na pych też nie dał rady jęknąć) a BHPowiec nie zgodził się na użycie sprzętu ciężkiego. No i wściekły obserwowałem jak spóźniony o 10min (!!!!) kolos odbijał od brzegu. Miałem czas do 8.00 by coś wykombinować. Udało się od jednego rodaka pożyczyć linkę holowniczą a od drugiego hak wraz z samochodem i tak na dwadzieścia minut przed rozpoczęciem procesu parkowania na promie, zestaw auto-lina-auto-przyczepa był gotowy do dalszej drogi. Obsługa portowa skierowała nas na dolny pokład pomiędzy szereg TIRów i miałem czas na odpoczynek na promie. Na szczęście w systemie cwaniaka zdołaliśmy przebrnąć przez odprawę portową w Dover a na pierwszej stacji kupiłem przewody paliwo i rozkręciwszy akumulator udało się odpalić furę. A obsługa doków portowych we Francji stwierdziła jednogłośnie, że takiego zestawu jeszcze nie widzieli. No i na odpowiednim, najniższym poziomie zajęliśmy więcej miejsca niż TIR!!

Miejscowość Roku 2009
Odpowiedź nie może być inna. Coś fascynującego jest w tej miejscowości, która niczym zielona oaza tkwi przytwierdzona jak rzep do wałbrzyskiego ogona. Uzdrowisko warte odwiedzenia, w którym każdy może odnaleźć coś dla siebie. Ja znalazłem tu Żonę😛 Cisza, spokój, wyjątkowy klimat, zdrowotne źródła. Wszystko to przemawia za tym by wskazać to miejsce jako moją miejscowość roku. Bez wahania polecam to miejsce zarówno jako kurort wypoczynkowy, jak również jako ciche niewielkie miasteczko do zamieszkania. Szczawno-Zdrój…
Dodatkowymi atutami Szczawna w moim punkcie widzenia jest fakt iż nieopodal znajduje się trzeci co do wielkości zamek w naszym kraju, w którego głębokich lochach Hitler ukrył sam diabeł raczy wiedzieć co. A brak moich ukochanych leśnych duktów rekompensują kręte jak diabli ścieżynki do wiosek, którymi aż korci by pośmigać pełną bombą, no i do słynnych walimskich patelni mam nieco ponad dwadzieścia kilometrów. Zresztą na gro innych rajdów również mam niedaleko…

Pojazd roku 2009
Mógłbym w tym miejscu przykozaczyć i wskazać jakąś supermaszynę za kilka baniek mydlanych z milionem koni pod maską, ale z premedytacją tytuł taki trafić musi do czegoś, czym miałem przyjemność podróżować. Długo zastanawiałem się nad przyznaniem tegoż tytułu dla Osobowego Pociągu Relacji Wałbrzych-Wrocław, który traskę około 70 kilometrową przemierza w niemal 2 godziny. Jednak uznałem, że tegorocznym hitem moich podróży jest znacznie coś innego. Rewelacja, która za każdym razem, gdy ją „dosiadam” powoduje bananowy uśmiech na mojej twarzy. W tym małym pershingu jest coś co powoduje szybsze bicie serca a po wjeździe do miasta rozpoczyna w moim organizmie uzależniający bal zmysłów przeplatanych litrami nieokiełzanego szaleństwa. I pomimo tego, że nigdy ten pojazd nawet nie zbliży się do granicy 100 km/h to efekty towarzyszące maksymalnym prędkościom porównywalne są do efektów jakie doznają zawodnicy startujący w wyścigach motocyklowych na wyspie Mann. No i te emocjonujące wyścigi z kierowcami samochodów od świateł do świateł. Nie ma szans czworokołowiec. Zwłaszcza w godzinach szczytu…
Jedynym mankamentem jest kurza ślepota kierowców, którzy niekiedy dostrzegają taki pocisk zdecydowanie za późno. Ach ten Piaggio. Coś wspaniałego!! Jedynie jazda po śniegu może być nieco ekstremalną…

Fotograficzne wydarzenie roku 2009
Kiedy w 1994 roku pierwszy raz wziąłem do ręki aparat fotograficzny nie sądziłem, że ta dziedzina odegra w moim życiu tak ważną rolę. Piętnaście lat później w olsztyńskiej Hali Urania ma miejsce wydarzenie, które przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Wernisaż wystawy fotograficznej podsumowującej moją rajdową fotografię był dla mnie bez wątpienia niezwykłym wydarzeniem. Dwadzieścia moich zdjęć o rozmiarach jakie były do tej pory abstrakcją dla moich zdjęć, zaprezentowałem szerszej publiczności. Na wernisaż poza moimi przyjaciółmi przyszło wiele osób, które po prostu zainteresowały medialne zapowiedzi mojej rajdowej fotografii a i sama liczebność olsztyńskich mediów, które przybyły przerosła moje oczekiwania. Z mojego punktu widzenia to wydarzenie było po prostu fenomenalne i chciałbym podziękować wszystkim, którzy byli (a wiem, że nawet z Anglii specjalnie kilka osób przyjechało) i widzieli mnie jąkającego się do mikrofonu. Chciałbym również podziękować za tą wystawę osobom, bez których ona by się nie odbyła: Panu Januszowi Poryckiemu i Panu Tomkowi Lenkiewiczowi za inicjatywę i perfekcyjne jej przygotowanie, Michałowi Poryckiemu, którego profesjonalizm przyczynił się do tego, że nie zemdlałem tam przed gośćmi, chłopakom z firmy AB Studio za niesamowite dostrojenie zdjęć do tak wielkich wydruków oraz organizatorom czyli Departamentowi Sportu Urzędu Marszałkowskiego w Olsztynie oraz Ośrodku Sportu i Rekreacji w Olsztynie. Wielkie dzięki!!!

KUBA – HIT SEZONU!!!
Bez wątpienia NAJWIĘKSZYM I NAJWAŻNIEJSZYM wydarzeniem roku były narodziny mojego syna. Jakub – bo tak ma na imię – pomimo pozytywnych dla mnie zapewnień lekarza, że syn mi się urodzi w dzień dziecka (dziecko na dzień dziecka – byłby prezent stulecia), postanowił po swojemu i przyszedł na świat podobnie jak Hołowczyc, czyli czwartego dnia czerwca. Sam proces narodzin stanowi podstawę do niemałej publikacji z powodu komicznej reakcji mojego organizmu, ale nie o tym będę się rozpisywał. Facet pojawił się cały i zdrowy i od tamtego dnia moje życie zmieniło się diametralnie. Pomimo obowiązków jakie doszły to nie ulega wątpliwości, że jest to najpiękniejsze co może przytrafić się w życiu a jego fenomenalna osoba rozbawia niekiedy do łez. Z każdym dniem widać jak zmienia się w małego mężczyznę, który niczym prawdziwy Prezes decyduje o wszystkim co się robi, jak się planuje dzień, czy można sobie pospać, czy też nie ma o tym mowy. Szczerze powiem, że taki mały człowieczek działa o wiele skuteczniej niż niejeden agregat prądotwórczy. Bo Kuba to dopiero jest agregat…

One response

  1. picek

    pozdro Wurc, piekna historia z dojazdem do promu:)
    kozak, a jak!!!

    21 Styczeń 2010 o 23:53

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s