Photographer

Magiczne spotkanie na autostradzie


Przeglądając masy zdjęć na zapchanych dyskach mojego komputera, trafiłem na małą seryjkę fotek z dnia, kiedy to doznałem niebiańskiego wręcz uniesienia, które zmąciło wówczas moją stabilność umysłowo-duchową.

Przemierzając europejskie włości nieco odmiennymi od naszych krajowych i dość licznymi autostradami, znudzony kolejnymi godzinami nudnym i stabilnie szybką jazdą postanowiłem rozprostować kości na jednej z niemieckich stacji benzynowych. Jakim ogromnym szokiem było dla mnie to, że w tym samym celu, na tej samej stacji pewien kierowca ze Szwecji postanowił zrobić dokładnie to samo co ja. Niby nic wielkiego, ale to czym jechał ów skandynawski turysta, przerosło wszelkie moje pragnienia wzrokowo-słuchowe.

Gdy stojąc w kolejce przy kasie zobaczyłem jak ten potwór wjechał na stację wręcz oniemiałem i niczym dzieciak zniecierpliwiony gorączkowo dreptałem w miejscu nie mogąc się doczekać chwili, gdy będę mógł z bliska go „obadać”.

Krótka rozmowa z właścicielem wyjaśniła zagatkową obecność iście wyścigowej bestii spod znaku skaczącego konia. Uprzejmy szwed wyjaśnił mi, że właśnie wraca na prom po wizycie na słynnym torze Nurburgring, gdzie miał miejsce „zlot” sympatyków marki. Ot, takie tam spotkanie „paru” właścicieli Ferrari…

To auto (które bezwzględnie musiało paść łupem mojego aparatu) jest zbudowaną przez właściciela repliką, która powstawała przez niemal 10 lat i pochłonęła niemałą sumę pieniędzy. Według zapewnień właściciela, to co dało radę kupić w oryginale było montowane a to czego fizycznie nie dało rady znaleźć na tej planecie, było budowane z niezwykłą pieczołowitością. Szwed kończąc kanapkę powiedział, że rozpoczął jego budowę przez wzgląd na miłość do kultowej marki i braku odpowiedniej liczby pieniędzy na oryginalny samochód, co okazało się lekką nieprawdą, bo bilansując budowę wyszło, że mógłby kupić sobie prawdziwe Ferrari. Jednak z dużą dozą malującej się na jego twarzy radością zakończył rozmowę stwierdzeniem, że mimo to ma wiele powodów do dumy: jest to prawdziwe i wyjątkowe Ferrari, jest to mocna i wyczynowa wersja homologowanej wyścigówki, która ma prawo poruszać się po ulicach…

Piękny, szybki a do tego brzmiący niczym najlepsze symfonie świata skumulowane w jednym miejscu z burzą w tle. To Ferrari wedle mojej wiedzy to model 312P lub 312PB, które wyjechało na świat w 1971 roku, a za którego kierownicą zasiadały takie legendy jak Ickx, Regazzoni, Andretti czy też Munari. I mimo tego, że było to 40 lat temu, to i tak pewne fakty potrafią szokować: 12 cylindrów, niemal 3 litry pojemności, 450 KM przy prawie 11 tysięcy obrotów na minutę co przy masie nieco ponad 580kg musiało tworzyć prawdziwą bombę na kołach. Wydaje mi się, że jazda takim pojazdem to prawdziwy hardcore!!!

I nawet mógłbym być jednym z tych komarów, których zwłoki zalegają licznie na karoserii. Dla komara taka śmierć to powód do dumy…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s