Photographer

Posts tagged “Top Gear

Wściekły Madafaka, czyli Zielone Lamborghini

Ostatnia moja Warszawska wizyta zakóńczyła się wielką niespodzianką jaką zastałem u niejakiego Wojciecha B. w warsztacie. Oczywiście nie byłbym sobą gdybym czegoś nie spaprał i tak też się stało tym razem, bo w obliczu rewelacyjnej fotokazji zabrakło mi lamp, które ot tak poprostu zostały w domu… Cóż, trzeba było improwizować, na dowód czego zamieszczam ostatnie zdjęcie dokumentujące sposób doświetlania typową lampką warsztatową. Generalnie musiałem obejść się ze smakiem, bo mając ze sobą lampy to bym…

Generalnie z całej tej wielkomocowej kołtunerii motoryzacyjnej, największą ochotę miałem na tą małą formułkę, która w „normalnym” świecie nawet nie stanowi konkurencji dla masywnego Lamborghini G. wielokrotnie notowanego (choćby na łamach T.G.). Na szczęście ja wiem swoje! Zasadniczo na torze ta mała biała strzała mogła by temu zielonemu cielakowi dorobić rumieńców. Oj wieeeeelka ochota mnie naszła na przetestowanie tego bolidu z motocyklowym silniczkiem 900ccm.

 

A z resztą i tak wolę Ferrari

Reklamy

Automotive Top10 ubiegłego roku…

Nie tak jakbym chciał postępujhe moja aktywność na blogu i narazie nie sądzę aby częstotliwość wzrosła. Poniższy wpis to ostatni z cyklu TOP of  The 2010 i poświęcony dziedzinom życia przyległym ściśle do motoryzacji.

Pomimo tego, że nieczęsto miewałem okazje na fotografowanie samochodów – w szczególności tych rajdowych – to i tak sądzę, że kilka ważnych zdjęć zrobiłem. Oto one:

Pierwsza fotka to taki mały podróżniczy shot z wyprawy ku stolicy, gdzie warunki atmosferyczne dziwnym trafem wszystkich zaskoczyły (i spowalniali mnie notorycznie). Szczerze mówiąc to sympatyzuję z taką aurą będąc za kółkiem… A zdjęcie to zasadniczo udane udokumentowanie wyjątkowej podróży.

(więcej…)


Kolejna sesja z redakcją TOP GEAR

W minionym tygodniu zanim deszcz pół Polski utopił, miałem kolejne spotkanie trzeciego stopnia z ekipą polskiej edycji miesięcznika Top Gear. Pomimo tego, że rozpoczęło łupać mnie w krzyżu na znak nadciągającej choroby, postanowiłem twardo uczestniczyć w tym wydarzeniu. Dziennikarze z Panem Robertem Frankowskim na czele sprowadzili do Wałbrzycha dziewięć kabrioletów z magicznym i bezapelacyjnie wyjątkowym Astonem Martinem na czele. Nie będę się rozpisywał na temat pozostałych ośmiu aut, lecz nie mogę pominąć moim zdaniem dwóch pozostałych, które wraz z wspominanym Astonem piastowały najwyższe pozycje w moim prywatnym rankingu. Opisując tę trójkę niczym werdykt jury programu telewizyjnego, na najniższym miejscu podium uplasowałem Japończyka zwanego Mazda MX5, który stanowi mój cel, aby choć na kilka okrążeń toru Nurburgring odczuć jego rewelacyjnie zasadzony środek ciężkości, który w połączeniu z niską masą tego auta i odpowiednią mocą przenoszoną na koła tylne oczywiście, jest bardzo interesującym pociskiem do pokonywania zakrętów z opon piskiem (taki poemizm wcisnął mi się w klawiaturę 😉 ). Mam wrażenie, że tym roadsterkiem z kraju kwitnącej wiśni, byłbym wstanie zlikwidować niejeden komplet opon…

Drugim na mojej liście (i zwycięzcą na liście mojego syna) jest niemiecki pocisk zwany Audi TT z dopiskiem RS. Ten dopisek stanowi jedyny magnes tego modelu Audi, gdyż akurat TTki niezbyt wpadły mi w oko i stanowczo twierdzę, że są to samochody dla folksdeutchowatych młokosów. Po nieco solidniejszej analizie zachowań tego auta, wnikliwemu zagłębieniu się w detale oraz rozebraniu jego dźwięku na pojedyncze fale, zmuszony jestem uznać, że jest to nader pasjonujące auto. I nawet moja pasja do napędu RWD w przypadku tego czterołapa, jest przyćmiona. Duże wrażenie robi moc tego auta, która kierując się ku 400KM powoduje, iż zadziwia to, w jaki sposób odpycha się owa TTka na prostej i to jak niemieckoprecyzyjnie klei się w zakrętach. Ciekawa fura…

Bezprecedensowy numerem jeden był Aston Martin, który pod każdym względem odstawał od reszty kabrioletów. Pasjonujące jest to, z jakim wykończeniem ma się do czynienia przyglądając się Astonowi z odległości kilku centymetrów. Jest on niczym nabuzowany testosteronem arystokrata, który gdy stoi w garażu lśni elegancją i nienagannym zmanierowaniem, lecz gdy odpali się tą fabrykę wrażeń pod maską i z subtelnym brakiem wyrafinowania naciśnie na pedał przyspieszenia, ten arystokratyczny elegancik zamienia się w furiata, który po opuszczeniu imprezy swoich lordowych rodziców rusza na podbój lokalnych klubów, zapychając swój umysł solidną garścią grzybów halucynogennych! Momentami miałem wrażenie, że takiemu jaśnielordowi nie przystaje wydawać takie dźwięki, o schizofrenicznych przyspieszeniach nie wspominając. I szczerze dodam, że taki naćpany arystokrata z przerośniętymi mięśniami pod maską i dobrze skrojonym gajerku, prezentuje się nader wyuzdanie. No i to, w jaki sposób rozrywa kolejne kilometry niczym narwany ćpun – ekscytujące. A i tak, gdy zamkną się drzwi garażu, ten dostojnik wraca na swe salony by perfekcyjnie prezentować się z gracją godną Jamesa Bonda. Po tym spotkaniu wiem, dlaczego 007 celnie trafia w wyborze samochodów…


Top Gear – sesja wyjątkowa

W połowie grudnia otrzymałem od losu niepowtarzalną okazję na to, by móc podejrzeć ekipę Top Gear tworzącą materiał zdjęciowy do miesięcznika. Uspokajam, że była to polska część zespołu redakcyjnego – Clarkson musi jeszcze troszkę poczekać. Miejscem, które dziennikarze wybrali na plener zdjęciowy to Stara Kopalnia w Wałbrzychu. Powiem Wam, że miejsce magiczne a ja lubię takie klimaty zwłaszcza, gdy chodzi o robienie zdjęć. Oczywiście nie mogłem wyruszyć na spotkanie bez mojego sprzętu fotograficznego. Na wstępie nieco obawiałem się, że nie pozwolą mi na fotografowanie, ale już po kilku zdaniach z Redaktorem Naczelnym Piotrem R. Frankowskim, wiedziałem, że mogę nieco rozwinąć skrzydła i trochę sobie pofocić. Samo spotkanie z Panem Piotrem było dla mnie czymś wyjątkowym, gdyż po raz pierwszy mogłem poznać dziennikarza, którego twórczość znałem już sporo ponad piętnaście lat temu, gdy niemal psychopatycznie pochłaniałem materiały zamieszczane w Moto Magazynie, będącego miesięcznikiem pod dyktandem wspomnianego Pana Piotra. To właśnie ówczesny miesięcznik wprowadzał mnie jako młodzieńca w świat motoryzacji: szokował nowościami międzynarodowych salonów samochodowych, zapoznawał mnie z całym tym wszechświatem Koni Mechanicznych no i rozkochiwał mnie w tych pojazdach z piekła rodem oznaczonych symbolem czarnego konia na żółtym tle.

Na moje szczęście sesja TG nie kręciła się wokół Ferrari, bo takie spotkanie mogłoby się niezbyt ciekawie zakończyć dla mojego serca. Obiektem reportażu było Suzuki SX4 4×4,  które stanęło w szranki z crossowym motocyklem Yamaha YZ450F. Kierowcą Yamahy był jej właściciel Łukasz Kurowski, który na swoim koncie ma już kilka tytułów Mistrza Polski w crossie, Vice Mistrza Europy w enduro oraz II Vice Drużynowego Mistrza Świata , zatem nie byle jaki driver co zresztą było widać, gdy na jednym kole z dziecinną łatwością śmigał pomiędzy ciężkim sprzętem w kopalnianej kuźni. Ciekawa była to sesja a obecność lamp studyjnych, które miał do dyspozycji fotograf TG, aż mnie korciły by podłączyć swój radiowy nadajnik i skorzystać parę razy z redakcyjnego oświetlenia. Cholera jakie miałem tam wizje z tym światłem – szok! Ależ bym tam zaszalał mając takie lampioniki… No, ale nie chciałem ryzykować i robiłem fotki z podbitą czułością. Efekt oceńcie sami.

Generalnie cała ta sesja to jedno z najciekawszych fotograficznych wydarzeń w moim życiu, coś co nieczęsto się zdarza (choć człowiek wiele by dał za takie sesje dla takiego miesięcznika). Generalnie spędziłem wyjątkowy dzień w otoczeniu fachowców na których efekty pracy w wałbrzyskiej kopalni będę czekał zniecierpliwiony. Jak nigdy…

Pozdrowionka